Na przełomie wieków ludzki świat ogarniać zaczęła epidemia
uzależnień. Zjawisko to przybiera rozmiary i formy tak wielorakie, tak liczne,
ogarnia takie masy ludzi, że nie sposób powziąć podejrzenia, że istota ludzka w
swojej konstrukcji posiada jakiś podstawowy defekt, grzech pierworodny, który
sprawia, że uzależnienie jest nam niezbędne do życia. Wydaje się, że nikt nie
jest w stanie umknąć przed tą podstępną chorobą. Na każdego przychodzi kolej.
To tylko kwestia czasu, okoliczności i kontaktu z czymś, co nas uzależnia - z
naszym "uzależniającym alergenem". Porównanie do alergenu nie jest
przypadkowe. Nie tylko dlatego, że zapadalność na uczulenia również przybiera
epidemiczny wymiar, ale dlatego, że nasza reakcja na "uzależniacz",
podobnie jak na alergen, często bywa dla nas całkowitym zaskoczeniem. Okazuje
się , że uzależnić się możemy niemalże od wszystkiego. Rzesze uzależniających
są nieprzeliczone. Epidemia zatacza coraz szersze kręgi, siejąc spustoszenie w
naszych sercach i umysłach, w naszych związkach z ludźmi, w naszych relacjach
ze światem. Sprawia, że albo się całkowicie izolujemy i nikt nie ma z nas
żadnego pożytku, albo, co gorsza, uznajemy, że nasze uzależnienie jest
najlepszą receptą na problemy świata i ludzi, i czynimy z niego zażarcie
propagowaną ideologię. Ale najbardziej niebezpieczne jest to, że uzależnienie
staje się dla nas zastępczą tożsamością, która uwalnia nas od konieczności
poszukiwania naszej tożsamości prawdziwej. I tak np. alkoholik na pytanie
"Kim jesteś?", odpowiada: "Jestem alkoholikiem". Koniec,
kropka. Uzależniony od ideologii liberał czy socjalista odpowiada: "Jestem
liberałem" albo "Jestem socjalistą". Uzależniony od religii
swoje egzystencjonalne i duchowe wątpliwości uśpi zapożyczoną religijną
tożsamością, zagubiony nastolatek odetchnie z ulgą, gdy będzie mógł o sobie
pomyśleć, że jest kibicem piłkarskiego klubu. Podobnie rzecz się ma z
uzależnionymi od statusu, pieniędzy, własnego wizerunku i wielu, wielu innymi,
których nie sposób tu wymienić. W każdym razie owym grzechem pierworodnym,
który skazuje nas wszystkich na uzależnienie, jest napawający nas nie
uświadamianymi do końca przerażeniem i rozpaczą braku poczucia naszej
prawdziwej tożsamości.
Uzależnienie ma pozory idealnego rozwiązania. Znieczula lęk
i rozpacz, a jednocześnie zapełnia pustkę, jaka w nas po takim zabiegu
pozostaje. Niestety, prędzej czy później, lekarstwo okazuje się gorsze od
choroby. W dodatku masy uzależnionych ludzi gotowe są życiem zapłacić za swoją
pozorną, zapożyczoną tożsamość, którą się odurzają. Gorączkowo poszukujemy
konfliktu, aby potwierdzić w głębi duszy
wiecznie kwestionowane, nasze pozorne rozwiązanie. Uzależnienie zwycięskie
nabiera bowiem na jakiś czas pozorów prawdy i odurza nas jeszcze mocniej.
Dlatego wojna i konflikt są nieodwołalnie wpisane w nasz świat, w świat
uzależnionych umysłów.
Aby wydostać się z tego błędnego koła, musimy przede
wszystkim zdać sobie sprawę z tego mechanizmu, z tego, co robimy z naszym
życiem. A potem odzyskać wiarę i nadzieje na odnalezienie naszej prawdziwej,
jednoczącej wszystkich ludzi, tożsamości. Tylko nie wolno nam ustawać w
zapytywaniu, w wątpieniu i w towarzyszącej temu pokorze aż do ostatnich chwil
naszego życia. Wtedy uzależnienie nas nie dogoni, nie stanie się łatwą pokusą,
a świat stanie się lepszy.
Wojciech Eichelberger (wstęp z książki - "Krótko mówiąc")
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz